Agencja reklamowa
tworzenie stron www
Hosting www
hosting www
|
hosting www
Załóż darmowego bloga
Znajdź kwaterę na wakację
Załóż darmowego bloga
Portal o modzie
Portal windykacyjny

Przyjaciele lat ważnych

kiedyś uśmiechnięci

dla mnie wtedy pół-święci,

a dzisiaj – zacięci.

Gryzący siebie jak psów

chora zgraja

Nieustępliwi, sobą Polskę

zasłaniają.

A ona jest. I kiedy minie ta

wścieklizna.

Może się do nich przyzna

Może się do nas przyzna.

Miało być dobrze, wyszło jak zwykle

Po znowu naobiecuje. Przed nami kolejne 4 lata kolesiostwa, obiecywania, zamiatania afer pod dywan.

Polacy to naród stalowy. Wszystko zniesie, wszystko przetrzyma.

Zastanawiam się kiedy odezwą się mniejszości narodowe - oni nie przywykli do takiego traktowania.a mniejszosci u nas coraz więcej. może veta będziemy uczyć się właśnie od nich?

wszystko już było. a teraz jestem szczęśliwa. i to jest różnica.

dobrze mi w tym czasie, w tym miejscu. uzależnienie od spokojnej głowy to piękny nałóg. zdrowy. taki higieniczny sposób na życie. jakież to ważne, żeby przyjemna słoneczna pogoda, delikatny lekki wiatr widać było nie tylko za oknem, ale i czuć błogość letnego ciepłego dnia, w domu, w głowie w sercu. achhhh. chce się żyć.

zanim przeklną nas dzieci

Kochani,

bardzo dużo mówi się o ekologii, a w marketach z ołowianą zywnością wciąż nas przybywa. Proszę zobaczcie film “Zanim przeklną nas dzieci” - zanim sami i wasi bliscy staniecie się ofiarami tego co podajecie na talerzu.

http://prawdaxlxpl.wordpress.com/2010/12/11/zanim-przeklna-nas-dzieci/

smutno mi Boże

Smutno mi, Boże! - Dla mnie na zachodzie
Rozlałeś tęczę blasków promienistą;
Przede mną gasisz w lazurowéj wodzie
Gwiazdę ognistą…
Choć mi tak niebo Ty złocisz i morze,
Smutno mi, Boże!

Jak puste kłosy, z podniesioną głową
Stoję rozkoszy próżen i dosytu…
Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,
Ciszę błękitu.
Ale przed Tobą głąb serca otworzę,
Smutno mi, Boże!

Jako na matki odejście się żali
Mała dziecina, tak ja płaczu bliski,
Patrząc na słońce, co mi rzuca z fali
Ostatnie błyski…
Choć wiem, że jutro błyśnie nowe zorze,
Smutno mi, Boże!

Dzisiaj, na wielkim morzu obłąkany,
Sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem,
Widziałem lotne w powietrzu bociany
Długim szeregiem.
Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,
Smutno mi, Boże!

Żem często dumał nad mogiłą ludzi,
Żem prawie nie znał rodzinnego domu,
Żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi
Przy blaskach gromu,
Że nie wiem, gdzie się w mogiłę położę,
Smutno mi, Boże!

Ty będziesz widział moje białe kości
W straż nie oddane kolumnowym czołom;
Alem jest jako człowiek, co zazdrości
Mogił popiołom…
Więc że mieć będę niespokojne łoże,
Smutno mi, Boże!

Kazano w kraju niewinnéj dziecinie
Modlić się za mnie co dzień… a ja przecie
Wiem, że mój okręt nie do kraju płynie,
Płynąc po świecie…
Więc, że modlitwa dziecka nic nie może,
Smutno mi, Boże!

Na tęczę blasków, którą tak ogromnie
Anieli Twoi w niebie rozpostarli,
Nowi gdzieś ludzie w sto lat będą po mnie
Patrzący - marli.
Nim się przed moją nicością ukorzę,
Smutno mi, Boże!

Słowacki

Monika Dryl “Jeszcze będzie przepiękie”

Teatr Polonia.

Monika Dryl daje popis wszechstronności kolorytu wokalnych zdolności. Drenująco:) wyśpiewuje emocje. Wspaniała aktorka, znakomita wokalistka.

tak zupełnie na marginesie: dobra sztuka. życiowa. na czasie.

nie czuję się

oczekiwanie na poprawę nastroju to bardzo męczące zajęcie. godziny ciągną się jak guma balonowa, a bańki z nadzieją na światełko lepszego nastroju pryskają zanim pocieszą choć trochę. uzaleznienie. fatalna choroba.

jakiś czas temu kolega polecił mi książkę deMelo “wezwanie do miłości”, w którym autor przedstawia teorię, że wyzwolenie się od miłości do wszystkiego, a wrecz znienawidzenie wszelkich przywiązań może człowieka uszczęśliwić i wyzwolić. A akceptacja ascetycznego stanu uzależnień serca to jedyna droga do osiągnięcia wewnętrznego spokoju.

No i racja.  Nie chcesz dac się złapać - sam nie oswajaj niczego….

“(…)Miłość i wolność można znaleźć tylko wtedy, kiedy człowiek potrafi cieszyć się każdą nową chwilą, która nadchodzi, i następnie gdy pozwala jej odejść, by móc być w pełni otwartym na przychodzącą rzeczywistość. “

w przestrzeń

Ten post nie powinien mieć tytułu. nie powinien mieć adresata. w ogóle nie powinno go być. lepiej - nie chciałabym, żeby musiał powstać. jednak musi, żebym poczuła się lepiej.

Pewno wiele osób oglądało i pamięta znakomity film Rain Man i genialną rolę Dustina Hofmana. Autystyczny geniusz, który postrzega świat przez pryzmat czerni i bieli wyrażonej w dzienniku podzielonym na lakoniczny opis  przykrości oraz przyjemne doznania.

Dziś ja jestem Deszczowym Człowiekiem, dziś po mnie spływa deszcz. Raz jest to tona ołowianych przykrości, za chwilę lodowaty kubeł oczyszczającej wody. Jedno i drugie burzy mi spokój, porządek i co najgorsze poczucie bezpieczeństwa. Brr. Tak czy tak to wstrętne doznanie.

Ludzie mają genialną  umiejętność tworzenia z niczego. tkania słów w przepiękne kojące kocyki. to fantastyczne. czasem kochający się ludzie stają na wyżynach inteligencji emocjonalnej i otwierają przed wybraną osobą raj. Wszystko pięknie się układa, póki twórca nie okaże się kwiatem, który zżera swoją, jak się okazuje – ofiarę, nie bardzo licząc się z tym co czuje druga strona. Ze uciec ciężko, że wchodząc w ukwiecone drzwi raju, tarczę obronną zostawiła na zewnątrz. Oręż nie jest przecież potrzebny, jeśli jesteśmy cali z miłości i zaufania. Wolę nie myśleć, że ktoś zaciska na moim gardle ręce, tylko po to żeby zobaczyć ile wytrzymam bez powietrza. Jak dziecko które bawi się kurczaczkiem, i niechcący za mocno go przytulając – zadusi. Tak, może lepiej odrzucić takie myśli. Taki scenariusz nie skończyłby się dla mnie za dobrze. Gorzej, że tak właśnie się teraz czuję. Czuję się jak królik doświadczalny. Taki, co niewiele rozumie i odbiera świat przez pryzmat dobrych i mniej dobrych doświadczeń. Jak Rain Man – chodzi za mną od jakiegoś czasu myśl, żeby prowadzić dziennik z zapisem emocji. Notowanie bylejakości nie ma większego sensu, ale statystyki wahań nastroju spowodowane konkretnymi doświadczeniami – analizując je po jakimś czasie, może pomogłyby w podejmowaniu kluczowych decyzji. Może, nie umiem samodzielnie rozpoznać, co mnie zabija a co wzmacnia.

Mówią że miłość może zabić.  Właśnie zaczynam to odczuwać, że zaczyna mnie miłość boleć.  Strzykają mi kości w duszy, dobre myśli nękane arytmią, spokojne dotąd sny drą swoje dobre zakończenia w strzępy. Nie tak miało być. Nie tak. Myślałam, że grunt to nie dać się dopaść czemuś co żre od środka. Odstawiłam pigułki osłonowe i proszę: na efekt nie trzeba było długo czekać. Już mnie toczy. Miłość mnie toczy.

Z Bańki Wstańki stałam się naiwnym Rain Manem.  Zastanawiam się czy dobrze robimy, my wygłodniali miłości, ciepła, a przede wszystkim bliskości i akceptacji drugiego człowieka, pozbawiając się osłon, barier i spuszczając przed kimś szlaban zwany nasza granicą bezpieczeństwa. Sama sobie odpowiadam: nie wiadomo czy dobrze. Wiadomo, że wszystko w życiu kosztuje, a najbardziej chyba miłość. I zawsze trzeba za nią zapłacić. Bólem, cierpieniem, rozstrojem nerwowym itp. Szkoda, że to tak  drogo wychodzi… Ale dalej kochać się chce!

W następnym wpisie „do szuflady” powinnam postawić pytanie co to jest miłość. Taka prawdziwa. I czy ten, kto prawdziwie kocha-rani. I jeszcze dlaczego do cholery ludzie zamykają się w swoim zacięciu i trwając w kleszczach dręczących ich myśli nie chcą rozmawiać. Z tą najbliższą osobą. A może mi się tylko wydaje ze jestem tą najbliższą. Może jestem w tym przekonaniu głupia i zarozumiała...

Monumenty absurdu

Przez kilka tygodni nie interesowałam się popisami naszych dygnitarzy, ponieważ ważniejsze dla mnie było doprowadzenie do stanu używalności mojego mieszkania. Nawet czułam pewnego rodzaju niedosyt informacji o biezących sprawach społeczno-politycznych i zarzucałam sobie brak dyscypliny w aktualizacji wiadomości bieżących. Uważałam, że człowiek poinformowany to człowiek wyposazony w narzędzie do działania. Teraz zaczynam wątpić w moją teorię. Może lepiej przyjąć postawę bohaterów - jak w tytule komediowego filmu ” Nic nie widziałem, nic nie słyszałem”. Zachowawczo lepiej w ogóle nic nei wiedzieć. Dla zdrowotności tak psychicznej, jak i fizycznej, bo okazuje się, że o zawał wcale nie trudno…

Kika chwil temu przeczytałam wywiad Jackowa Nizikiewicza Panią z Panią Joanną Kempą (PIS). Nie będę go cytować, bo naprawdę nie ma czego, natomiast przytoczę kilka smaczków w wypowiedzi w/w Pani:

“- Jak pani ocenia początki prezydentury Bronisława Komorowskiego? Jarosław Kaczyński nie chce współpracować z prezydentem Komorowskim i nawet nie mówi o prezydencie per prezydent.  

- Pan Prezes ma ku temu powody. Nie chcę oceniać tej prezydentury. Jeszcze przyjdzie na to czas. Widzę, że prezydent Komorowski nie może sobie poradzić ze zorganizowaniem swojej kancelarii. Prezydent popełnił błąd z krzyżem, bo przecież mógł, chociaż wyjść do tych ludzi, a nie unikać problemu.

- Zgadza się pani z krytyką minister Radziszewskiej?

- Nie, ale jeżeli mówi się w kraju o oszczędnościach to rząd powinien zacząć oszczędności od likwidacji stanowiska Pani Radziszewskiej, pani Pitery i ministerstwa “propagandy” w KPRM. Ja, jako kobieta nie czuję, żeby urząd pan Radziszewskiej mnie wspierał a urząd Pani Pitery skutecznie walczył z korupcją.”

- A chciałaby pani, żeby homoseksualista uczył w żłobku, przedszkolu, czy szkole pani dzieci?  

- Nie. Nie bronię pani Radziszewskiej, ale w jej sprawie rozpętano dziką nieuzasadnioną histerię.

- Czy w Polsce staną pomniki Lecha Kaczyńskiego?

- Tak, wkrótce staną w Polsce pomniki Lecha Kaczyńskiego. Będą skwery i ulice imieniem Lecha Kaczyńskiego, bo tego domaga się wielu Polaków. Będą też miejsca upamiętniające wszystkie ofiary katastrofy smoleńskiej. Dobrze, żebyśmy pamięć ofiar katastrofy smoleńskiej kultywowali, a nie zabijali.”

 Odnosząc się so powyższych wypowiedzi Pani Kempy:

Wyobrażam sobie, że jesli większość Polaków zawierzyła reprezentacje Polski na arenie światowej oraz nasze sprawy wewnętrzne Panu Komorowskiemu to trzeba to uszanować i szczytem prostactwa i chamstwa jest nie brać pod uwagę głosu i woli narodu. Jego pracę będzie można ocenić za kilka lat. Póki ciasto jest w piekarniku, nie wiemy czy wyjdzie zakalec…

Ponadto chciałabym, żeby dzici w szkołach były nauczane przez przyzwoitych, dobrze wyksztalconych ludzi, niezależnie od tego czy ktoś będzie gejem czy hetero. najważniejsze żeby nie robił dzieciom krzywdy fizycznej ani wody z mózgu. Nie dziecił młodzieży na lepszą i gorszą ze względu na wyznawaną wiarę, bądz brak przynależności do któregokolwiek z kościołów.

A monumentów nie wznośmy tym,  o których historia jeszcze nie zdążyła się wypowiedzieć. Pośpiech jest wskazany jedynie przy łapaniu pcheł. Z medalami może jeszcze troszkę się wstrzymajmy. Żeby nie było tak, ze  ktoś będzie moralnie w obowiązku odznaczenie oddać - co miało nie tak dawno temu miejsce. A to głupio i wstyd.

Wolnoć Tomku w swoim domku.

      Zadawałoby się, że fakt posiadania własnego mieszkania, nieruchomości itd, daje nam prawo do hmm…pewnego rodzaju wolności w sposobie użytkowania w/w a napewno w sposobie zagospodarowania. Są to niestety tylko nasze pobożne życzenie. Czytając forum osób należacych do wspólnoty mieszkaniowej, której jestem członkiem, przekonałam się, że  naiwnością jest sądzić, że będąc formalnym i fizycznym włascicielem mieszkania mogę urządzic wystrój np balkonu wg swojego widzi mi się. Otórz nie mogę, ponieważ jest to niemile widziane przez sąsiadów! Nie wiem, czy prawnie musze się liczyć z regulaminem wspólnoty, czy wolno mi uprawiać wolną amerykankę.  Czytając powyższe pewnie wyobrażacie sobie rewolucje na balkonie w postaci ingerencji w elementy elewacji, samowolne budowanie czegoś na tarasie itd. Rozwieję sensacyjne i jak sądzę absurdalne domysły o demolce z pietyzmem i elegancją zaprojektowanego tarasu. Chodzi o kolor i formę osłony szczebelków balkonowch oraz kolor markiz chroniących przed letnim słońcem. Rzecz dotyczy sąsiada, który odważył się mieć swój własny gust, który w moim odczuciu jest jego prywatną sprawą…ale….

Na forum wspólnoty widnieje wątek dotyczacy unifikacji wystroju np tarasów. Ludzie wypisują, moim zdaniem niedorzeczności w postaci świętego oburzenia dot. np różowych moskitier założonych na jednym z tarasów. Karcące wypowiedzi, które mają spowodować demontaż  w nieporządanym przez innych sąsiadów kolorze moskitier jest wiele.  Lokatorzy krytykują innych współmieszkańców osiedla oskarżając ich o indywidualizm! NOOOO, doprawdy - zbrodnią w ich pojęciu jest zamontowanie zamiast bambusowych mat między szczebelkami balustrady-np drewnianych desek.

Zastanawia mnie, skąd się bierze tego typu myślenie: wstrętne wsciubianie nosa w nieswoje sprawy - a dokładniej w nie swój taras. Uwazam, że to szczyt beszczelności dyktować innym, co mają “mieć w oknach”. Przecież nie żyjemy w Korei czy robotniczych Chinach. Czasy, które Baereja pięknie uwiecznił w Alternatywy 4 czy Zmiennikach- swietna satyra PRL chyba dawno minęły. Pamiętam odcinek, w którym bohater kereowany przez Rewińskiego, wstawionym będąc, myli mieszkania, ponieważ są one identyczne. Wydawało mi się również, że mam prawo rządzić się w swoim mieszkaniu według wlasnego gustu oraz moich indywidualnych potrzeb.

Oczywiście istnieje coś co nazywa się zasadami prawa sąsiedzkiego. Zapisy w/w maja także swoje granice. Jest dla mnie zrozumiałe, że nie mogę grilować na balkonie czy urządzac głośnych występów artystycznych o 4 rano na tarasie, ale odwołując się do zdrowego rozsądku - kolor rolet, żaluzji, stolik na balkonie, doniczki czy osłona balustrady - niechże zostanie moim, a nie innych wyborem.

4 Sciany

chce sie wracać do domu.  jest stół - tak bardzo przypominający stół przy którym przesiedziałam ostatnie lata, są krzesła. zrobilismy sobie miejsce.

Już za chwileczkę już za momencik

będzie czas na pierwszy sen w nowym domu. To miejsce, nieskalane złymi emocjami, będzie azylem. Oby jak najdłużej.

relax

okazuje sie ze wentyl mojego bezpieczenstwa psychicznego zapchał się smieciami i zaczynam oddychać nierówno. zmiana wczesniejszych planów i ustalen wyprowadza mnie z równowagi i nakręca zenitalnie agresywnie. w takich chwilach kolejny raz, a w zasadzie jak zwykle czuję się jak ten co szedł naprzód, mysląc ze ma sa sobą tysiące. kiedy wyszedł juz na srodek pola walki i spojrzał za siebie, okazało się ze w odwodach nie ma nikogo. w naszych głowach, mysli są czesto bardzo samotne.

MOJE MIEJSCE MA WRESZCIE ADRES

Wczoraj o 13 odebrałam klucze do swojego mieszkania. Miłe uczucie, choć perspektywa wykończenia od podstaw paraliżuje moją radość. Na razie beton i kurz. A jest tylko miesiąc na doprowadzenie domu do używalności. Może dlatego nie powinnam dziwić się samej sobie, że nie podskakuje ze szczęcia i moje zadowolenie jest raczej…umiarkowane. Dziwne, myślałam, że w takich momentach życia ludzie wariują ze szczęścia. Wczoraj wieczorem mój facet powiedział cos nad czym mocno się zastanawiam ” Odebrałas klucze i nie jestes pijana?” . Ja nie umiem się tak cieszyć? Ciesze się w inny sposób. Myślę o spokoju , wygodzie i naszym bezpieczeństwie.

To jest własnie ten kąt z którego nikt nas nie wyrzuci. Nie musze sie bać, że jesli powiem cos “nie tak” ktos powie “won”. Zawsze zastanawiałam się jak to jest mieć własne mieszkanie. Zamykasz drzwi i jest bezpiecznie. Będąc dzieckiem, żyłam w strachu, bo ojciec ciagle mówił ze jak bedzie chciał to nas wszystkich wyrzuci na ulicę. Później mama mówiła - mieszkasz ze mną - musisz sie dostosować.  Może to wcale nie chodzi o 4 sciany, ale o ludzi? Fundamentem mojego poczucia bezpieczeństwa jest partner, a nie mieszkanie. Choć przyznaję z ulgą- dobrze się stało, że mamy już swoje miejsce.

Ciepła posadka europosła

Ranking europosłów.

Jak podaje Polska Agencja Prasowa, Jacek Saryusz-Wolski, Danuta Huebner i Paweł Kowal to najskuteczniejsi polscy deputowani.

Dwa lata temu Saryusz-Wolski zajął drugie miejsce. W tegorocznym rankingu okazał się bezkonkurencyjny; uzyskał 9,25 pkt. Gazeta pisze, że na jego widok znany niemiecki polityk Elmar Brok mówi “der Polnisch tank”. To wyraz najwyższego uznania w ustach doświadczonego eurodeputowanego.

Drugie miejsce zajęła była komisarz unijna Danuta Hubner (8,38 pkt), która startowała z list PO. Trzeci jest Paweł Kowal (7,77 pkt.) były wiceminister spraw zagranicznych w rządzie PiS. Zwycięzców trudno uznać za typowych działaczy partyjnych. To raczej specjaliści od polityki międzynarodowej, którzy zostali wystawieni w wyborach przez partie.

Osoby znane z polityki krajowej znajdują się na końcu zestawienia. Ostatnie miejsca zajęli Michał Kamiński i Adam Bielan z PiS, Sławomir Nitras z PO oraz Zbigniew Ziobro, Tadeusz Cymański, Jacek Kurski (wszyscy PiS).

Europoseł zarabia miesięcznie niemal 7,7 tys. euro. Do tego dochodzi jeszcze 4,5 tys. diet i 20 tys. euro na biuro.

Powyżej zamieściłam wyniki sondażu przygotowanego dla “Rzeczpospolitej” przez polskich korespondentów pracujących w Brukseli.

Mniemam, że obecni na placu boju dziennikarze posiadają najbardziej rzetelną wiedzę w tej materii. Wyniki ich analizy pokrywają się z moimi wcześniejszymi domysłami. Trójka liderów dbających o nasze interesy nie ma czasu udzielać się publicznie w zakresie trąbienia głośno o swoich sukcesach. Widać osoby te są zajęte pracą. Ich pozytywny PR broni się wynikami podejmowanych na rzecz Polski działań.

Inaczej jest z obibokami, którzy dbają o częste pojawianie się z mediach  np. w popularnym programie Kawa na ławę, czy Kropka nad I, oraz wszelkich możliwych “setkach”, gdzie mogą zaistnieć….i  status zamienia się z polityka na celebrytę z pensją polityka… Krowa która dużo ryczy mało mleka daje. Oczywiście za nasze pieniądze.

Religia w szkołach

Obserwując stosunek do aktywnego uczestnictwa młodzieży w kościele katolickim nie sposób pominąć aspektu religii w szkołach publicznych.

Pamiętam czasy, kiedy uczęszczałam na lekcje religii organizowanych w przykościelnych salach katechetycznych. Było to wprawdzie  naście lat temu, ale relatywnie wcale nie są to odległe czasy. Przypominam sobie zapał z jakim ja i moi rówieśnicy żywo uczestniczyliśmy w zajęciach katechezy oraz wszystkich uroczystościach i świętach kościelnych jako wspólnota, wtedy jeszcze dzieci. Pominę aspekt wychowania w wierze katolickiej i praktykach wyznawania wiary w domu.

Chciałabym się głównie skupić na tym jak środowisko zewnętrzne wychowuje katolicki narybek. Zapał i szczera chęć uczestnictwa w katechezie minęła zaraz po tym, kiedy wprowadzono zajęcia z religii do szkół.

Początkowo nie rozumiałam znaczenia politycznego tego faktu mieniącego się wielkim sukcesem kościoła nad władzami państwowymi. Dostrzegałam podstawową zaletę polegającą na ułatwieniu dostępności tych zajęć - brak dodatkowych wypraw do sal katechetycznych, często wieczorami, oszczędność czasu. Niestety ten argument szybko przestał być ważnym, wobec charakteru zajęć w szkole oraz faktu, że katecheza, zamiast dobrowolnej oraz idącej z potrzeby serca woli zmieniła się w obowiązek. Z miesiąca na miesiąc bardziej uciążliwy i nieprzyjemny. Stało się tak dlatego, że religia z czasem zaczęła być postrzegana przez uczniów jako jeden z mało interesujących przedmiotów, który chciał-nie chciał należy, ba! jest w obowiązku zaliczyć na pozytywną ocenę gwarantującą promocję do następnej klasy. Dla osób, które były innego wyznania nie przewidziano równoległych zajęć z etyki czy czegokolwiek pożytecznego. Wytworzył się więc obóz tych którzy uczęszczali na lekcje religii. (Podkreślam słowo lekcja - w moim odczuciu absolutnie niestosowna forma nazewnictwa spotkań młodych katolików.) Oraz odłam, tych dzieci i młodzieży - “tych  innych.” Wskazanie grona pedagogicznego, w dużej mierze zdeklarowanych katolików, miało na celu dyskryminację tej garstki odmieńców, która nie uczestniczyła w zajęciach. Odbijało się to na ocenach z innych przedmiotów oraz  postrzeganiu ucznia w ogóle. Z założenia było z nim coś nie tak. Przykre to, ale niestety prawdziwe.

Religia stała się obowiązkiem, a często przymusem. Dla dojrzewającego nastolatka, często przechodzącego okres buntu wyrażający się właściwie zawsze w ten sam sposób – negowanie racji przyjętych norm obyczajowych,  zasad, uciekanie od zaszczepionej przez rodziców przynależności do kościoła katolickiego. Jak wspomniał ostatnio mój profesor, przechodziliśmy okres potocznie nazwany „fuck the system”. Nie oszczędziło to oczywiście naszych relacji z kościołem, w rozważanym przypadku – demonstracyjne opuszczanie lekcji religii, manifestowanie szeroko rozumianej wolności jednostki. Im dobitniej rozbity emocjonalnie młodzian jest w stanie prezentować swoje poglądy, tym bardziej i z wielkim hukiem to wykorzysta myśląc, że wolno mu wszystko. Jednym z pierwszych obowiązków które porzuci będzie przymus chodzenia do kościoła i oczywiście zaprzestanie uczestnictwa na szkolnych katechezach.  Nie dziwi mnie to wcale.

Tak było ze mną oraz ponad połową znanych mi rówieśników. Po okresie buntu, kiedy rozum wróci na swoje miejsce często jest bardo trudno powrócić na łono wspólnoty kościoła. Rewolucja hormonalna ma miejsce przeważnie w czasie dorastania, co zazwyczaj przypada na okres szkoły średniej. Kiedy nauka na tym szczeblu kończy się, kończy się  kontakt z katechetą. W dzisiejszych czasach, kiedy młodzież zazwyczaj dojeżdża do szkół nauczyciele religii nie rozwijają więzi na niwie lokalnej – tam gdzie uczeń ma swoją parafię.

W zasadzie jest tak, że młodzi ludzie nie mają pojęcia i nie interesują się tym co dzieje się w ich rodzimym kościele. Nie mają kontaktu z życiem parafialnym, przewodnikiem duchowym bo go nie znają. Księdza często widzi się raz do roku – podczas wizyty po kolędzie.  Kontakt z katechetą skończył się wraz z zakończeniem szkoły i młodzież zostaje trochę na lodzie. Tak, można powiedzieć, że dla chcącego nie ma nic trudnego – wystarczy pójść do kościoła i porozmawiać z pierwszym spotkanym księdzem. Ale to nie o to chodzi. Oczywiście można, ale fakt braku więzi wszystko komplikuje. Pamiętajmy, że podstawowe, najważniejsze wartości i skłonności życiowe wypracowuje się przez lata, a nie w ciągu chwili. Wszystko to wymaga czasu i wielu procesów.

Dlatego uważam wrzucenie religii do szkół za duży błąd kościoła, który przynosi mu więcej strat niż pożytku. Takie same poglądy ma ponad połowa Polaków.„Jak wynika z przeprowadzonego na zlecenie “Polski” badania, aż 50,8 proc. osób uważa, że lekcje religii powinny wrócić do salek katechetycznych przy parafiach. ”

Nelly Rokita - Pani Pomyłka, Pani Żenada

Lubię wieczorami mieć włączony tv podczas emisji progamu Moniki Olejnik “Kropka nad I”. Zajmuję się swoimi sprawami, a co ciekawsze wywiady przyciągają mnie przed ekran odbiornika. Wczoraj wręcz nie mogłam się od niego oderwać. Mój spokój i … harmonię wieczornej krzątaniny zburzyła dokumentnie Nelly Rokita.. Dziś dochodzę powoli do siebie.

Jej żenujące wypowiedzi zarówno pod względem taktu, formy (kaleczonej polszczyzny oraz wstrętnej wręcz maniery hmmm, jak to ująć…chyba jakiegoś prostackeigo slangu), jak treści - oraz brak elementarnej wiedzy o tym co się w świecie dzieje, aktualnych tenedencjach w zakresie polskiej polityki. W ogóle mam wrażenie, że ta Pani nie ma pojęcia o polityce. Ba! ona nie ma pojęcia o tym co mówi. Paple jakieś bzdury jak potłuczona. Zupełnie nie rozumiała zadawanych przez Olejnik pytań. Mówiła to co chciała powiedzieć. Niespójnie, chaotycznie. Nie można było jej wczoraj słuchać, bo nie można było nic zrozumieć. Monika Olejnik z minuty na minutę wybałuszała coraz bardziej oczy ze zdziwienia i widać, że kończyła się jej cierpliwość.Wyraz twarzy Moniki mówił wszystko. Nie mogła uwierzyć, że ktoś może tak bredzić ale miała do wyboru albo wybuchnąć histerycznym śmiechem albo cedzić przez zęby następne pytanie.

Nie wiem jak to możliwe że N.Rokita została zatrudniona “za nasze ciężkie pieniądze” jako doradca prezydenta Kaczyńskiego. Ta kobieta to wielkie nieporozumienie. Jeśli ona ma reprezentować, jak sama postuluje - kobiety inteligentne, przedsiębiorcze - za którą ja osobiście się uważam - to  muszę się z tej ligi wypisać. Jeśli jest to wizytówka  PIS z ramienia kobiet -  bardzo słabo to o nich świadczy.

A może Nelly Rokita pomyliła studio Kropki nad I  z cyrkiem albo szpitalem dla szurniętych. Zachowywała się przecież jak po dobrych proszkach na oddziale patologii depresyjnej.

Szkoda męża. Strach pomyśleć jakie występy Nelly funduje mu w 4 ścianach….

Tramwajowy savoir vivre dla każdego

Od dłuższego czasu zbieram się z napisaniem o mojej frustracji związanej z przejazdami komunikacją miejską. Tym razem pominę bezpieczeństwo i jakość samych pojazdów. Jaki jest koń  każdy widzi, nie ma co komentować. Dostrzegam zmianę taboru na nowy, choć wymiana wszystkich staroci, które nie powinny być dopuszczone do jazdy, wymaga czasu. Postęp jakiś jest. Przynajmniej w Warszawie da się to zaobserwować.

Niestety, zachowania pasażerów czasem wywołują w mojej głowie myśli mordercze. Zamiast pisać co obserwuję - może lepiej, żebym nie pisała co widzę, wymienię czego nie powinno się robić i co należy czynić jeśli już wlazło się do środka komunikacji miejskiej.

 - szanujmy innych pasażerów. Nie pozwólmy, żeby nasz telefon ryczał przez minutę na cały regulator. Wielu osobom to przeszkadza.

- mydło jest od tego, żeby go używać. W szczególności powinniśmy dbać o to latem, kiedy odkrywamy skórę. Zimą - mniejszy wstręt. Nieumyci nałożymy na siebie tonę łachów - większa szansa, że odurzająca woń nie zwali z nóg współpasażerów.

- treść naszej rozmowy przez telefon nie każdego interesuje. Dla ekshibicjonistów proponuję udanie się do programu “rozmowy w toku” tam publicznie można relacjonować intymne , osobiste doświadczenia oraz przedstawiać poglądy.

- Ploteczki z koleżaneczką i ryczenie ze śmiechu jak krowy także nienależną do najmilszych doświadczeń dźwiękowych. Uszanujmy to, że nie każdy jest w nastroju do głupich żartów, śmiechu na cały regulator. Może ktoś miał słaby dzień, ktoś jest w żałobie, ktoś inny - czuje zmęczenie. Nie dobijajmy go końskim rżeniem . To dotyczy głownie nastolatek. Z moich obserwacji wynika, że młodzi mężczyźni zachowują się o niebo lepiej.

- Bez pospolitego “kurwa” czy “o ja pierd..” słownik młodego Polaka zubożałby dotkliwie. Ale, szanowni Państwo: ja rozumiem zastosowanie tych jakże wymownych słów w sytuacji wyjątkowego poruszenia. Jednakowoż zamiana przecinka na słowo “kur…” sześć razy w jednym zdaniu, po pierwsze nie brzmi szczególnie elegancko, a po drugie - zważywszy, że w autobusach, tramwajach, metrze - często jeżdżą dzieci - nie narażajmy ich proszę na zarażenie tą trudną do wyplenienia chorobą chama pospolitego.

dziękuję.

 jak przypomniała Koleżanka:) w komentarzu: kiedy autobus zatrzymuje się , nie stójmy jak sępy ustawiając się na środku drzwi blokując przejście dla wysiadających. Zeby jedni mogli wejść, inny muszą NAJPIERW wyjść.

 ja wiem, że to wszystko trudne jest i trzeba trochę pracy włożyć w doskonalenie naszych manier. czasem wystarczy empatycznie pomyśleć. tak po ludzku. o ile myślenie w ogóle u niektórych indywiduuw występuję.  

Edukacja w Polsce

Wykształciuchy to mogłoby brzmieć dumnie. Mogłoby, a przestaje być, ze względu na pospolitość występowania tej rasy, tj posiadanie dokumentu świadczącego o zdaniu matury czy ukończeniu uczelni wyższej.  Wiadomo, im cos bardziej powszechne - tym mniej w cenie.

Bodźcem do poszperania w rocznikach statystycznych ze wzgledu na wykształcenie, była informacja, którą podzieliła się ze mną przyjaciółka. Otóż dowiedziałam się, że od 2008 roku zasada zdawania egzaminu regulowana rozporządzeniem Ministra Edukacji brzmi: Zdający zdał egzamin maturalny w części pisemnej, jeżeli z każdego przedmiotu obowiązkowego uzyskał co najmniej 30% punktów możliwych do uzyskania. Włosy stają dęba i aż strach pomyśleć, że byle miernota, która dzięki reformie edukacji za czasów Giertycha, bez przeczytania lektur i choćby połowicznej znajomości materiału otrzyma dyplom egzaminu dojrzałości. Co to za egzamin, którego podstawą nie jest nawet wysiłek na “pół gwizdka”!? NIEDORZECZNE I SKANDALICZNE! To policzek dla osób, które zdały maturę na przyzwoitym poziomie. Ja zdawałam maturę 12 lat temu i nieco inaczej to wszystko wyglądało. Po napisaniu wypracowania z języka polskiego w postaci niemalże noweli, osoba sprawdzająca moją pracę po doszukaniu się 1 błędu -  ortofraficznego pracę oceniła czwórkowo. Innych błędów nie było. Pięćdziesiąt jeden procent kwalifikowało do oceny dostatecznej. Jak to się ma do dzisiejszych standardów oceniania? Stąd wniosek że poziom szkolnictwa schodzi na psy. Można by rzecz moje ulubione”Jaki pan taki kram”. Ano jaki poziom mentalny i kulturowy młodzieży taka nauka i dopasowany odpowiednio materiał do opanowania oraz schemat oceniania. Jeśli nie wymagamy od siebie samych, to ziemi naszej sól nie bedzie lepsza. Czym Jasio za młodu nasiąknie tym na starość…no właśnie. Wyobraźmy sobie sytuację, w której matoł zdał na 30% maturę. Osobnik nie dostanie się na studia dziennie - wiadomo - decydują oceny na świadectwie, więc nie ma szans. Ale  za to drzwi do kariery na prywatnych uczelniach szeroko otwarte. Niektóre szkoły prywatne podczas rekrutacji biorą pod uwagę oceny, przeprowadzają nawet egzaminy wstępne, rozmowy kwalifikacyjne. Jednak gro szkół zwraca uwagę jedynie na kwitek z zapłaconym czesnym. Po pięciolatce za ok 30 tys plus skrzynka flaszek, wyedukowany absolwent np medycyny staje się potencjalnym lekarzem naszych dzieci. I teoretycznie jego wiedza to 30% materiału, który powinno się opanować. Przyjmijmy więc że będąc w rękach takiego lekarza, prawnika, inżyneira, menedzera itd jego skuteczność to gra w ruletkę z 30% szansą wygranej. Nie chciałabym się dostać od nóż , bądź przejechać się mostem zbudowanym przez takiego specjalistę. Owszem, doceniam walkę o swoją przyszłość, ale oprócz aspiracji potrzebna jest jeszcze cieżka praca.

Wygrzebałam w roczników statystycznych rozkład wykształcenia w Polsce i uczyniłam małe zestawienie:

                                              1988                2002              2008          

Wyższe                                 6,5%                 9,9%                17,7%

Średnie                                24,6%                31,5%             33,6%

Zasadnicze zawodowe            23,6%                23,2%            22,3%

Podstawowe                         38,8%                29,8%            24,9%

Zródło - NSPLiM 1988,2000,2008 Ludność wg poziomu wykształcenia.

Powyżej przedstawione dane świadczą o znacznym wzroście pędu narodu do podnoszenia poziomu wykształecenia. Czarne prognozy są takie,że biorąc pod uwagę rosnące parcie na dyplom z równoległym coraz mniejszymi wymogami będącymi warunkiem ukończenia szkoły, za dwadzieścia lat ponad połowa narodu będzie miała wykształcenie wyższe. Specjalistyczne. Może niedługo będziemy się mogli doktoryzować z rozmaitych technik kopania rowu, czy lepienia pierogów. Ho Ho, ileż nam przybedzie dumnie wyprężonych torsów. Biorąc pod uwagę naszą narodową skłonność do skromności będzie się działo…że pozwolę sobie powołać się na przypadek znanego wszem i wobec osobnika nazwiskiem Lepper, który jak niestety mało kto wie, w garści trzyma tytuł doktora honoris causa. na razie to tytuł honorowy, ale co będzie dalej? Brawo Jasiu…łócz się łócz…

Jesteśmy w Europie nie tylko georgraficznie i kulturowo, ale także zgodnie z nasza przynależnością jednoczymy się w normalizowaniu standardów także edukacyjnych. Pytanie czy w innych krajach zjednoczonych pod banderą żółtych gwiazdek przyświeca taka sama ciemnota?

Spolszczenie: Adam Klimowski.